

„Jestem tak dobrym kochankiem, bo dużo ćwiczyłem w samotności”, „Seks jest jak gra w brydża. Jeżeli nie masz dobrego partnera, to musisz mieć przynajmniej dobrą rękę”, „Jedyny raz osiągnęliśmy z żoną równoczesny orgazm, gdy sędzia podpisywał nasze dokumenty rozwodowe”... Te i wiele innych złotych myśli przyczyniły się do tego, że go kochamy albo nienawidzimy. Woody Allen wzbudza skrajne emocje – rzadko bywa dla kogoś obojętny. Czy jako Bananowy Czubek, czy jako Zelig, czy już jako twórca poważnych dramatów w stylu „Innej kobiety” czy „Wszystko gra”, zawsze intrygował. Dla mnie jego filmy to ostoja pozytywnego nastawienia. Inteligentnych rozmów przy dobrym winie. Nowojorskich kafejek, dobrego, nastrojowego jazzu. Uśmiechniętych, kolorowych bohaterów z przewagą zawsze ponętnej płci przeciwnej. Za każdym razem wychodzę z kina z rumieńcami na twarzy i głową pełną optymizmu. A jego powiedzonka stają się wskazówkami do beztroskiego życia. Uczą, jak zachować dystans do otaczających nas nonsensów i samego siebie. Zawsze dziwię się, gdy słyszę: „Jaka to głupota”. Przyszła kiedyś taka jedna i po dziesięciu minutach „Annie Hall” zaczęła się wiercić, a po piętnastu bąknęła, że ona woli ambitniejsze kino z gwiazdami... Nie wiem, jak niewiasta ta zabłądziła w me progi, ale przez swoją opinię została zdyskwalifikowana na wejściu. Albowiem Woody to dla mnie mistrz.
Pobierz numer (.pdf)